Na zdrowie!

_DSC5095Oglądając ostatnio dość popularny program w telewizji, o przystępnej godzinie zarówno dla dzieci jak i rodziców, poraziła mnie ilość reklam leków, suplementów diety i cudów na kiju, dzięki którym Twoje dziecko będzie zdrowe, wyspane, najedzone i jeszcze zrobi regularną kupkę. No cud miód i orzeszki. Przy następnej okazji postanowiłam policzyć ilość takich reklam jaką i tak ok 10 takich trafia do głowy zarówno dzieci jak i rodziców. Na kaszel lizak, na ból gardła też, na odporność wachlarz suplementów od żelek i cukierków po klasyczny tran, na apetyt syrop, na sen oczywiście też no i suplement na zdrowe wypróżnienie. Oszaleć idzie. Jedyne pytanie jakie ciśnie mi się na usta, czy to wszystko jest potrzebne, a najważniejsze czy jest to rzeczywiście takie zdrowe?

Mając w domu jednego fana suplementów i szufladę z lekami zawaloną po brzegi preparatami różnej maści, miałam okazję poznać wiele różnych dziwnych specyfików. Od klasycznych zestawów witaminowych po „cudowne” algi i jagody wiecznej młodości- schisandra. Wszystkie łączy jedno, wysoka cena i polecenie przez Amerykańskich uczonych. No tak ja uczony, ba a jeszcze z AMERYKI no to musi być prawda. Nie mówię, że wszytko jest naciąganiem, bo każdy suplement może rzeczywiście dobrze działać, albo chociaż nie szkodzić, jednak jest to „ale”. Wielu kupujących przeczyta kilka odrębnych opinii, albo raczej sloganów reklamowych „kup bo działa” czy „zmęczenie minęło i w ogóle jest cudnie kupkam obłoczkami i rzygam tęczą” ehh tak zdecydowanie ludzie nie czytają etykiet wierzą w głupoty, które wpaja im srebrny ekran lub wujek google, nie sprawdzając rzeczywiście tego co jest w składzie. Nie mówię, że ja od zawsze czytałam etykiety. Ja nauczyłam się tego pewnej pięknej niedzieli kiedy to kupiłam „suplement diety” typu fat burning. Cuda miał działać, 6 cm w obwodzie na kuracji (kuracja 2 tygodnie). Widząc migoczące piękne opakowanie i wielkie slogany mówiące, ilu to zadowolonych klientów i jedno, ostrzeżenie, pod żadnym pozorem nie brać po południu i nie pić kawy. Ok. Kawa mam na trzecie,  zaras po sklerozie. Hmm, to jak to tak 2 tygodnie bez kawy? Nieee, no niee wierze. Pewnie im się pomyliło. Sprawdziłam skład. No. Najpierw musiałam go znaleźć. Na spodzie, tak drobnym drukiem, że aby przeczytać musiałam się zaopatrzyć w lupę. Początek ok to co w większości tabletek, substancja dzięki tej cały proszek trzymał się kupy,co było dalej…dalej było moje zdziwienie. Tak po kolei wpisując w googlach pojedyncze nazwy, osłupiałam. Moje jakże pozytywne nastawienie do moich nowych super tabletek zmieniło się diametralnie. Większość z tych składników mogło doprowadzić do poważnych konsekwencji, a w skrajnych przypadkach przegrzania organizmu, zawału i śmierć. O nie, to ja już z oponą wolę chodzić i walczyć naturalnymi sposobami. Od tamtego czasu zanim wezmę coś nowego nie zależnie od tego ile ludzi to poleca, czytam skład. Sprawdzam i orientuję się jakie mogą być nieproszone skutki uboczne i interakcje z innymi substancjami.

Dając coś mojemu dziecku jestem 5 razy bardziej ostrożna i sceptyczna jak biorąc coś sama. Ja mam organizm dorosły, a dziecko nie ważne w jakim wieku, rozwija się i każda tabletka i syropek może odbić się w przyszłości. Syropki na sen może nie zawierają jakichś ukrytych w składzie substancji toksycznych, jednak droga Mamusiu i kochany Tato zastanówcie się 2 razy zanim podacie coś co nie koniecznie jest zdrowe dla waszej pociechy i kwestia podania „suplementu” i wolny spokojny wieczór we dwoje nie koniecznie może być tego warty. Bo suplement to nie lek, więc nie koniecznie w ogóle zadziała, a skoro dziecko jest zdrowe to nic nie potrzebuje łykać, ja jeśli uważam, że coś jest na rzeczy kontaktuję się z lekarzem bo musi mieć to swoje przyczyny. Czasem warto się zastanowić nad błędami jakie popełniamy podczas dnia, bo późne zasypianie lub problemy ze snem nie biorą się z sufitu. Oglądanie nowej generacji telewizory czy monitory, człowiek dorosły ma problemy ze snem białe światło emitowane przez nie działa na mózg pobudzająco, dlatego możemy siedzieć do późnej nocy przed monitorem nie czując zmęczenia. Niestety nasz maluch, którego mózg rozwija się w zastraszająco szybkim tempie, jest narażony na powikłania, po sporej dawce białego światła emitowanego przez ekrany. Będąc w pierwszych tygodniach życia mojego dziecka u siostry środowiskowej, otrzymałam plik ulotek i kilka rad, mówiła również o złym wpływie telewizora na takie małe dziecko, którego mózg wręcz nie jest przygotowany na taką dawkę bodźców z zewnątrz, prowadząc do zaburzeń rozwojowych w przyszłości. Rodzic musi zdać sobie sprawę z tego, że warto zamiast włączyć telewizor, zająć dziecko w bardziej kreatywny sposób i pamiętać, że aktywność fizyczna pomoże bardziej niż cokolwiek innego, pamiętając przy tym, żeby dziecko miało czas na wyciszenie się. Drzemki w dzień też powinny być nie za długie. Warto również pomyśleć o suszonej lawendzie, której aromat pomoże naszemu maluchowi się wyciszyć, lub jeśli już uważasz, że masz przypadek beznadziejny w domu, podać, ale np. napar z melisy, a nie „cudowną” mieszankę glicerolu, benzoesanu sodu, aromatów sztucznych i wyciągów z roślin. Należy jednak pamiętać o tym, żeby dostoswać herbatkę do wieku, bo zioła mają również silne działanie i dla dziecka powinna ona być słabsza.

_DSC5093

Kolejne syropki ty razem na apetyt zawierają szereg substancji których sama nazwa przyprawia mnie o gęsią skórkę. Niestety nasz świat jest tak skonstruowany, że zamiast pomęczyć się trochę wybieramy proste rozwiązania. Syrop niestety nie nauczy naszego dziecka miłości do warzyw czy owców.  Zmusi do zjedzenia obiadu? Szczerze w to wątpię. Wszelakie środki działające na apetyt, które muszą być skuteczne, działają albo na wzmożoną produkcję kwasu żołądkowego, lub te bardzo silne i raczej nie dostępne bez recepty działające na część mózgu ( uczucie głodu jest bardzo złożonym procesem chemicznym, angażującym wiele hormonów) odpowiedzialna właśnie za apetyt. Ja uważam, możecie się ze mną nie zgodzić, że dziecko powyżej 2 lat kiedy rozumie, że chodzimy zrobić siku do WC i potrafi to zakomunikować, będzie również potrafiło zakomunikować, że jest głodne i nie ma chyba powodów wmuszać w dziecko jedzenia na siłę, będzie głodne to o tym powie. Ważne jest karmienie, już od maluszka różnorodnie, nie mamy co mieć nadziei, że jeśli nie wprowadzaliśmy do diety rożnych smaków od początku to nagle dziecko zacznie jeść ze smakiem brokuły czy brukselkę, nie znając tego smaku wcześniej, bo nawet dorosły jedząc nowe danie pierwszy raz może mieć mieszane uczucia, u mnie tak było z sushi dopiero po 4 razie zasmakowało, a teraz jem regularnie rybę w tej postaci przynajmniej raz na 2 tygodnie. Czasem trzeba się oswoić z nowym smakiem. Ruch na świeżym powietrzu też ma duże znaczenie, w Norweskich przedszkolach dzieci mają dużo ruch na dworze codziennie, nie zależnie od pogody. Tutaj panuje pogląd ” nie ma złej pogody, co najwyżej jesteś źle ubrany”. Słuchaj swojego dziecka, bo te potrzeby podstawowe jak jedzenie picie czy wypróżnianie potrafi zakomunikować. Czasem warto poczekać godzinę z jedzeniem niż wpychać na siłę i zastanawiać się czemu nie ma apetytu. Pamiętajmy też, że dziecko ma mniejsze zapotrzebowanie na kalorie jak my, a przeciętna kanapka z chleba typu graham z dodatkami to ok 220 kcal na 100 gram.

Z własnego dzieciństwa pamiętam, bezmięsną Kasie. Po prostu nigdy nie lubiłam mięsa,  już jako dziecko jego kolor przyprawiał mnie o mdłości. Pomimo wielu lat pamiętam „traumę” wpychania kotlecika i szyneczki przez babcię, pamiętam do dziś. Teraz mam wolny wybór i 23 lata więcej, mięso zjem ,ale bez fajerwerków i dobrze doprawione ziołami bo inaczej mi śmierdzi. Więc czasem może warto posłuchać, dziecka i poświęcić 20 min więcej na przygotowanie tego na co dziecko ma ochotę oczywiście w granicach rozsądku. Ja nie wiem jakim Miśka będzie dzieckiem do jedzenia, jednak wiem ,że poprzez danie jej wyboru nauczę ją nowych rzeczy i myślę, że będzie podwójnie szczęście, mając świadomość, że planuje jedzenie dla całej rodzinki :) Bo sama wiem jakie było to ważne dla mnie, kiedy rodzice dawali mi do podjęcia jakąś decyzję.

Jednak wracając do tematu suplementacji ostatnio trochę się nasłuchałam na temat produktów ,których do leków zaliczyć nie można , a może tak, nie trzeba, ale mają różne działania wspomagające bądź lecznicze. System wprowadzania tych substancji na rynek jest o wiele łatwiejszy. Przez co klient otrzymuje produkt nie do końca przebadany. Suplementy dostępne na rynku zaliczają się do grupy produktów spożywczych, nie leczniczych i w taki o to sposób trafiają one na rynek zanim odpowiednie służby wdadzą jakieś oświadczenie na ten temat. Jest to o tyle złe, że na dobrą sprawę kupujemy i podajemy sobie ewentualnie dziecku produkty nie do końca wiedząc, czy jest to naprawdę skuteczne i czy przy okazji nie powoduje skutków ubocznych.  Zanim połkniesz kolejną witaminę, zastanów się czy jest Ci to w ogóle potrzebne. Bo nigdzie nie pisze na opakowaniu, że tak popularna w okresie jesienno-zimowo-wiosennym witaminka D w nadmiarze jest bardzo szkodliwa i toksyczna, a przedawkowany tran odkłada się w organizmie powodując osteoporozę i problemy ze stawami, a długotrwale stosowanie może również negatywnie wpływać, na zdrowie gdyż olej rybny może zawierać śladowe ilości rtęci.

Jeśli chodzi o lizaki i innego rodzaju słodyczo-podobne produkty medyczne, jest fajne i super, łatwo podać, dziecko się nie krzywi, nie walczy, ale  nie wiem czy chcę, aby moje dziecko kojarzyło jakiekolwiek lekarstwo z przyjemnością, ale to moje zdanie :)

Podsumowując temat nie mam na myśli aby totalnie odłożyć wszystko i wyrzec się suplementacji i witamin. Sama biorę spirulinę i witaminy dla kobiet w ciąży, bo dziecko wysysa witaminy i minerały, to wiadomo nie od dziś. Jednak kobiety w ciąży, karmiące i chorzy rządzą się trochę innymi prawami. Okresy obniżonej odporności również, grunt to, żeby nie zwariować i nie dać się wciągnąć w  spiralę marketingową. Nigdy nie brać niczego nieustannie, jeśli widać pozytywny wpływ, mimo wszystko po 3 miesiącach (lub krócej) zrobić sobie przerwę. Bo nawet marchewka w nadmiarze nie jest zdrowa :)

_DSC4990

K.