Ciąża w Norwegii


1518813_737995729594011_1306854482720955693_oNorwegia jest krajem szeroko otwartym ma macierzyństwo dzieci i rodzinę. W ogóle nie byłam zaskoczona kiedy dowiedziałam się, że jest na pierwszym miejscu w rankingu krajów najbardziej przyjaznych matkom. Zanim sama zostałam mamą, nie miałam za wiele pojęcia ile jest wokoło udogodnień. Nigdy nie zwracałam uwagi na schody, progi, kawiarnie z przestronnymi łazienkami z eleganckimi przewijakami, centra handlowe z pokojami specjalnie przystosowanymi dla matki z maluszkiem. Moje życie do tej pory było szybkie, intensywne i mało skupione na czymkolwiek.

Zacznę może od początku. Bo najpierw była radosna wiadomość, w domowym zaciszu, dwa testy i napis:  ciąża 4-5 tydzień.  Wiadomo testy potwierdziły, wypadałoby aby zrobił to również lekarz. Muszę jednak przyznać, jest tutaj trochę inaczej niż w ojczyźnie. Dowiedziałam się, że zostanę mamą, będąc w około 6 tygodniu. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu… tak moje zaskoczenie było ogromne kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że ciążę prowadzą lekarze rodzinni i położne. Niestety tutaj czekał mnie kolejny zawód. W Norwegii ciąża jest uznawana po 13 tygodniu. Kobieta wkraczając w drugi trymestr otaczana jest opieką lekarską. Niestety do 13 tygodnia jesteśmy pozostawione same sobie. Nie ma leków podtrzymujących, nie ma USG nie ma NIC. Słyszałam o przypadkach, w których lekarz rodzinny zrobił test z moczu, aby potwierdzić, i to było wszystko. Usłyszałam jedynie ” dziś niestety nie mogę zrobić nic, poza wysłaniem podania do szpitala uniwersyteckiego o miejsce dla Ciebie, jednak to też nie jest 100% pewne, że urodzisz akurat tu, bo jeśli nie będzie miejsca lub ciąża będzie patologiczna i tak wylądujesz gdzieś indziej”- toś mnie pocieszył pomyślałam. Na zdrowiu się nie oszczędza więc, postanowiłam iść prywatnie. Umówiłam się na prywatną wizytę do ginekologa, chciałam mieć 100% pewność.

Od znajomej dostałam kontakt do ginekologa, zapisałam się bezzwłocznie. Wizytę umówiłam już następnego dnia. Gabinet był mały i obskurny, zero prywatności, zero komfortu, bez sali w której można się przygotować do badania. W Norwegii niestety tak wygląda 90% gabinetów lekarskich, salonów fryzjerskich i gabinetów kosmetycznych, chociaż od jakiegoś czasu stopniowo podnoszą swój poziom. Lekarz był bardzo miły i wcale nie był zaskoczony moją wizytą, mówił że to normalne i wiele kobiet zanim przejdzie pod opiekę lekarza rodzinnego, przychodzi do niego. Jednak sam przyznał, że prowadzenie ciąży to nie jego praca. Przynajmniej sprzęt wydawał się być całkiem nowy. USG pokazało mały pulsujący punkcik, całe 6 mm z bijącym serduchem. Pamiętam jakby to było wczoraj, ba jakby to było przed chwilą… Dostałam pierwsze zdjęcie Emmy… 

Jeśli chodzi o zakres obowiązków ginekologa w Norwegii, sprowadza się on jedynie do leczenia chorób i dolegliwości. Ciąża, poród i wszystko z nim związane, oddane są w ręce położnej i lekarza rodzinnego. To od Ciebie zależy kogo wybierzesz i kto twoja ciążę poprowadzi, według mnie położna była namiastką ginekolog, w końcu nie zajmowała się wszystkim czym popadnie, a jedynie ciążą. Owszem jest kilku Polskich ginekologów i są Polki podążające do nich jak w ojczyźnie. Ja jednak poszłam Norweskim systemem i wybrałam położną, lekarz rodzinny kontrolował moje badania krwi, położna całą resztę. Jeśli wybierasz położną musisz sama umówić się na pierwszą wizytę, najlepiej zrobić to jak najwcześniej, jeśli chcesz aby to ona prowadziła twoją ciążę od początku. Na pierwszej wizycie, która trwała około 1,5 godziny, przeprowadzono szczegółowy wywiad, zarówno ze mną jak i z moją chudszą połówką, założono mi kartę ciąży, dostałam szereg ulotek i broszur oraz książkę „Mama po raz pierwszy” w dosłownym tłumaczeniu. Byłam zszokowana ilością darmowej literatury. Badania prenatalne nie są tutaj bardzo popularne, można je wykonać przy szpitalu uniwersyteckim lub w prywatnych gabinetach. Na całą ciążę przysługuje kobiecie tylko jedno USG, chyba że są powody do tego by badanie robić częściej, jednak przy zdrowej ciąży jest to jedyne, robione w około 18 tygodniu ciąży, dostajemy skierowanie na USG zwykle tam gdzie mamy miejsce na oddziale porodowym. W przytulnej sali na wygodnym łóżku przyszli rodzice mogą zobaczyć swoje maleństwo. Szczegółowe badanie sprzętem z kosmosu, położna mierzy i sprawdza dziecko. Nasze badanie trwało około godziny i dostaliśmy 15 zdjęć USG. Poznaliśmy również płeć małej Emmy.

Ciążę znosiłam rewelacyjnie, od 2 trymestru, kiedy to przestałam mówiąc kolokwialnie rzygać jak kot. Co miesięczne spotkania z położną mijały super brzuszek rósł, rosłam i ja. Ostatni raz na wagę stanęłam na 2 tygodnie przed porodem pokazała +22 kg i na tym się skończyło, przestałam się ważyć. Czułam się jak galaretka, nie pomogła zdrowa dieta i picie wody hormony robiły swoje. Zawsze myślałam, że te olbrzymie kobiety w ciąży po prostu jedzą za dwoje…. niestety nie wszystkie…

Kiedy przyszedł dzień porodu 3 dni po terminie sama nie wiedziałam czy mam się cieszyć czy bać. Pierwsze skurcze i ból w krzyżu czułam od wczesnego rana, co nie przeszkadzało mi spać w pozycji siedzącej prawie do 10 :) , wstałam wypiłam kawę, zjadłam 3 kromy z serem, ogórkiem kiszonym i pomidorkiem, około 12 zadzwoniłam do przyszłego taty i zasugerowałam, że chyba rodzę, z naciskiem na CHYBA, ale nie jestem jeszcze pewna. Więc przyjechał do domu… i tak sobie bimbaliśmy w trójkę no już prawie w czwórkę, bo i moja mama była w odwiedziny… do godziny 14:30, kiedy to stwierdziłam ” dobra rodzę teraz to już mam 90% pewności :)

Przyjechaliśmy na porodówkę. Wcześniej oczywiście dzwoniłam do szpitala, pytać kiedy powinnam jechać. Dostałam instrukcję 3 skurcze minutowe na 10 minut. Babeczka stwierdziła, aaa nie śpiesz się pierwszy raz zawsze trochę trwa… W pewnym momencie musiałam sobie pisać na kartce co ile i jak długie są aktualnie skurcze, co średnio coś dało, bo pojechaliśmy pomimo tego, że były bardzo nieregularnie, a czas ich trwania też był różny. Najpierw zrobili mi badanie moczu, aby sprawdzić czy to aby na pewno jest ciąża :P- żarcik, chociaż wcale mi do śmiechu nie było. Parę minut położyli mnie po 3 leżałam z KTG , młoda studentka kazała oddychać. Więc oddychałam, bolało, bardzo bolało jak przychodził skurcz, a ja jak zaczarowana odprężałam się maksymalnie i starałam rozluźnić. W głowie dudniło mi wszystko i głos Chodakowskiej, powolny wdech i wydech. Dostałam mdłości, i zaczęłam żałować tych ogórków z serem…. Przyleciała studentka z wiaderkiem, i zadowolona stwierdziła „dobrze Ci idzie” , pomyślałam sobie tylko „to się zamień :) ” . Po godzinnej walce z samą sobą na fotelu, przyszła miła pani i zaprosiła mnie na badanie. Jak na złość dwa tygodnie prędzej gdzieś w ferworze przeglądanych stron natknęłam się na rodzącego Kossakowskiego. Obejrzałam i się wystraszyłam… Idąc na badanie pomyślałam jedynie „facet wytrzymał ledwo do 7 cm, ból nie był jeszcze taki straszny, pewnie są jakieś 3 cm”. Przed badaniem dostałam koszule szpitalną, miła studentka pomogła mi się wdrapać na łóżko, po chwili usłyszałam „ok jedziemy do góry, mamy 10 cm” – jakbym była lżejsza to pewnie bym podskoczyła z radości. Miła studentka pomogła założyć mi szpitalną bieliznę i w momencie próby wdrapania się na łóżko, pękł balonik i poczułam odchodzące wody. Co gorsza zostałam w skarpetkach…. Cholera…. Z wiadomych przyczyn, nie mogłam sobie ich zdjąć sama, chociaż bardzo chciałam…. Szybko wsadzili mnie na łóżko, na korytarzu stał przyszły Tatuś trochę zdezorientowany i podekscytowany, i przyszła babcia. Zgarnęli wszystkich jak leciało, tak sobie pomyślałam, że jakby stało 10 osób to i 10 by zgarnęli 😀

Kolejne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę…. winda… pokój….pielęgniarka pytająca o epidural… silne skurcze… student pytający, czy nie mam nic przeciwko…. lekarz przyklejający elektrodę do głowy mojego jeszcze nie narodzonego dziecka… moją drugą połówkę z kubkiem wody z sokiem, w pogotowiu dla mnie… silne parte… lekarza krzyczącego spróbuj to powstrzymać bo dziecku spada tętno… pobieranie krwi z główki, aby sprawdzić czy nie trzeba ciąć… wielką położną przyduszającą mnie swoim wielkim cycem, pomagającą w tym ostatnim najgorszym i zginającą mnie w pół, mój własny krzyk tak głośny, aż pulsujący w głowie echem, kilka przekleństw i krzyk Emmy…. kontakt skóra do skóry i moje irracjonalne myśli… zielonego małża i bladą mamę… ból szycia… bo w Norwegi nie nacinają… i radość.

 

Emma przyszła na świat ekspresowo w 25 minut…

Ja nie miałam takiej możliwości, ze względu na szybkość całej akcji, ale każda kobieta na porodówce ma prawo do zmiany położnej jeśli ta jej nie odpowiada, jeśli zachowani lub sposób bycia danej osoby narusza naszą sferę prywatną lub po prostu coś nie spasowało. Kobiety nie boją się mówić otwarcie o tym i chętnie zmieniają położną jeśli sytuacja tego wymaga. Bardzo popularne jest tez pisanie listów do personelu, jak chcesz aby twój poród wyglądał, czy chcesz muzykę, czy skakać na piłce i tak dalej.

Nie wiem ile czasu minęło…. Em poszła z pielęgniarką i szczęśliwym tatą na ważenie, dostała bransoletki nie takie pisane odręcznie jak kiedyś, ku mojemu zdziwieniu z kodem QR  :) wróciła i tak sobie leżałyśmy, po jakimś czasie przyszły pielęgniarki, pomogły mi się podnieść, umyć i doprowadzić do porządku. Dostaliśmy karty do pokoju hotelowego.

Po porodzie, przysługuje do 3 dób w szpitalnym hotelu. Każda mama dostaje pokój z łóżkiem, łazienką i 3 posiłkami. Owszem można wyjść wcześniej, jeśli z maluszkiem i mamą jest wszystko ok. Dzień po porodzie jest spotkanie z położnymi laktacyjnymi, uczą jak dziecko powinno ssać, jak powinny wyglądać kupki (są nawet zdjęcia :)), pielęgnacja pępucha i odpowiadają na wszystkie pytania świeżo upieczonych rodziców. Jednym słowem full wypas. Tata może opłacić sobie pobyt w hotelu i mieszkać razem z mamą i dzieckiem, te kilka dni. Pokoje są przytulne i w pełni wyposażone. Odwiedziny rodziny, kiedy tylko ma się na to ochotę, nikt nie wyznacza ile i kiedy. Jeśli zapomniałoby się torby do szpitala, prócz papuci wszystko jest, ubranka na pobyt dziecka, koszula dla mamy, ręczniki i kosmetyki, pampersy, bielizna jednorazowa (o wiele lepsza od tej która można kupić). Jedzenie jak nie szpitalne… bardzo smaczne i duży wybór, szwedzki stół. Dzień po porodzie Emma została szczegółowo zbadana przez pediatrę, sprawdzili uszy i oczy, skórę, odruchy. Wieczorem było spotkanie z położną laktacyjną. Oczywiście bez problemów się nie obeszło. Ciśnienie podniosła mi nocna zmiana położnych, a właściwie jedna ruda wredna kobieta… Zamiast cierpliwie pomóc mi w nakarmieniu dziecka piersią, ta przyniosła 3 kubeczki mleka modyfikowanego… napoiła dziecko, które w moment odleciało… Na szczęście rano pojawiła się inna zmiana i otoczyła mnie fachową opieką i pomocą. Dostałam poduszkę do karmienia i laktator oraz kilka miłych słów na zachęte. Pomimo drobnych niedociągnięć i rudej kobiety, którą moje hormony miały ochotę udusić, całość oceniam bardzo wysoko.

 

IMG_1780

 

Wychodząc ze szpitala, byłam bardzo zadowolona z opieki i z intymności jaką dawał mojej rodzinie hotel przy szpitalu. Wiem, że istnieją jeszcze w Norwegii sale poporodowe wspólne, jednak nie są już takie popularne. Matka ma możliwość przeżyć te najważniejsze chwile w gronie najbliższych, odpocząć i zrelaksować się przed wyjściem do domu. Wiem też, że wiele dziewczyn mieszkających za granicami Polski, boi się rodzić w obcym kraju ze względu na barierę językową. Nie ma się czego bać. Serdecznie polecam….

 

 

K.

2 comments

  1. Daszka says:

    Troche jestem zdziwiona niektorymi stwierdzeniami…
    Mieszkam w Norwegii od trzynastu lat.
    Fakt lekarz rodzinny i polozna prowadzacy ciaze to dla nas Polek zaskoczenie.
    Obecnie jestem w czternastym tygodniu ciazy. USG mialam robione juz dwa razy (ciaza nie jest zagrozona) i juz mam wyznaczona kolejna wizyte,wiec dziwi mnie
    skad informacja, ze przysluguje jedno.
    To samo tyczy sie badan prenatalnych, które z „urzedu ” przysluguja kobietom bedacym w ciazy po ukonczeniu 38 lat a generalnie sa bardzo popularne i latwo dostepne dla
    wszystkich, trzeba tylko poprosic lekarza rodzinnego o skierowanie.

    • Kasia says:

      Dużo według mnie zależy od lekarza rodzinnego, mój pomimo tego, że w gabinecie posiada sprzęt też zrobił mi jedno USG extra kiedy źle się czułam, ale było to po 20 tygodniu, nie jest tajemnicą, że ciąża w Norwegii jest uznawana od 13 tygodnia i zanim, ten czas nie minie,lekarz badań nie zrobi, bo zwyczajnie nikt mu za to nie zapłaci, a kobiety w ciąży opiekę lekarską mają jak wiadomo na koszt państwa, to usłyszałam od swojego lekarza, ja robiłam USG prywatnie, prenatalne można wykonać w Poliklinice jednak nie znam ani jednej Norweżki w swoim wieku, która by je zrobiła. Pisząc tutaj o badaniach prenatalnych nie rozwodziłam się zbytnio, gdyż ofertę badań dostają jedynie kobiety po 38 roku jak pisałaś, pary którym urodziło się dziecko z zespołem Downa, obciążone skazami genetycznymi itd (całą listę można znaleźć na stronie szpitala uniwersyteckiego w Oslo) ja do żadnej nie należę więc i nikt mi tego nie proponował. Lekarz rodzinny musi mieć konkretne podstawy na jakich wypisze skierowanie nie wystarczy zwykłe proszę, podobnie jest z cesarką na życzenie. Pisząc ten tekst pogrzebałam również w forach i dziewczyny pisały, że na testy wód płodowych itp. jechały do Kopenhagi gdyż w NO jest nielegalne robienie tego na życzenie, ile w tym prawdy, nie wiem, bo ja badań prenatalnych nie chciałam. Pozdrawiam :)

Comments are closed.