Biegam bo… mogę….

Lubie od zawsze….

nieee nie od zawsze, nawet nie od dawna… Zaczęło się 4 lata temu. Dieta towarzyszyła mi ponad od 10 lat, pierwszą zastosowałam krótko po 18-tych urodzinach. Zmęczona byłam tym jojo i ciągłym liczeniem kalorii, Kopenhadzka, Kapuściana, Wysoko tłuszczowa, 7/5/3 dniowa, 1000 kcal i wiele, wiele innych wszystkie przerobiłam. W tych ekstremalnych traciłam nie tylko kilogramy, ale głównie apetyt i chęć do życia. Było super tydzień po diecie, później odwiedzał nas pan efekt jojo. Nas, no mnie i mój brzuch. Bycie na diecie całe życie, było kompletnie bez sensu. Męczące, momentami kosztowne, ale głównie uciążliwe.

 

Postanowiłam coś zmienić….

zapisałam się na siłownie w sumie tak trochę bez przekonania, ale mając w domu właściciela pięknego kaloryfera, trochę wstyd mi było mojego bojlera. Zaczęłam biegać ćwiczyć na maszynach i wyglądać inaczej. Jednak nie wygląd się liczył, może liczył się na początku, później stał się tylko skutkiem ubocznym.

Pamiętam pierwszy raz na bieżni. 2 km, zadyszka, myślałam, że mam zawał, a następnego dnia bolało mnie dosłownie wszystko. Moja kondycja była żałosna. Czułam się strasznie. Kolejny trening to istny ból, koszmarne zakwasy, ale nie poddałam się, biegłam i wyłam z bólu, nie na głos, ale wewnątrz mnie krzyczało wszystko.

 

Małymi kroczkami…

Determinacja. Tak…Wiedziałam, że mi się uda. Nie wiedziałam, że zajmie to tyle czasu. 14 miesięcy tyle potrzebowałam, aby poczuć się dobrze we własnej skórze. Nie jadłam jakoś specjalnie zdrowo, to przyszło z czasem. Bieganie zdecydowanie należy do tych ulubionych treningów. Szybko widać efekty, nie trzeba specjalnych nakładów finansowych, a samopoczucie po treningu jest świetne. Kiedyś biegałam sama, dzisiaj biegam z wózkiem. Nie jest łatwo wrócić do formy. Szczególnie przez te wymówki, każdy mi powtarza, niedawno urodziłaś, to normalne, daj sobie czas, jeszcze schudniesz i tak w kółko.

Schudnę…. pod warunkiem, że wreszcie ruszę dupsko. Więc trenuję… Mało mnie tutaj…. Więcej na dworze…

Stawiaj sobie cele, które jesteś w stanie osiągnąć….

Wiedziałam od początku, że dojdę do celu. Bo postawiłam sobie poprzeczkę na takim poziomie, który byłam w stanie osiągnąć. Nie będę modelką nie urosnę, nie zmniejszy mi się tu czy tam, kość nie guma nie rozciągniesz. Wiem, że udało się raz, to i drugi się uda. Dlaczego miałabym się poddawać. Pewnie, dziecko jest świetną wymówką na wszystko. Dosłownie WSZYSTKO. Rodzice mają ten komfort. Nie masz ochoty się z kimś spotkać mówisz, że ci w dupę daje, chyba będzie chore, a na hasło biegunka, każdy robi się blady, takie lub inne słodkie kłamstewka, sprawiają, że każdy normalny człowiek, łyknie jak pelikan rybkę. Tak samo jest z treningami. Po części jadę sobie na tym koniku ciążowo-porodowo-dzieckowym :) przed zajściem w ciąże 2 razy w tygodniu była siłownia, 4 razy Chodakowska, byłam kupiona, w 100 %, czasem nawet niedzieli nie usiedziałam na dupie. Trening, trening, trening. Teraz to nie kwestia lenistwa tylko poczucia czasu. Jeśli mam do wyboru czystą podłogę, a 45 min skakania z Ewką, mówię sorry Ewa jeszcze musisz na mnie poczekać w szufladzie na swoją kolej… Emma daje w tyłek ( to akurat nie wymówka 😛 ) w domu wiec chodzimy na długie spacery, czasem nawet po 6 godzin. Nie narzekam na Nią, ale teraz priorytety się zmieniły, i patrząc na zgrabne wysportowane laski przechwalające się ile to trenują i jak to nie jest super, widzę siebie z przed 2 lat. One kiedyś też będą miały dzieci i ten sam trudny wybór.

 

Pamiętam jak dziś, będąc w 8 miesiącu ciąży marzyłam o bieganiu, ha, śniłam, że biegam. Tęskniłam za tym uczuciem w płucach tym przyjemnym bólem. Za nogami jak z waty i za utratą tchu. Dlatego teraz biegam, biegam bo mogę. Będąc w ciąży czułam się trochę jak inwalida. Zazdrościłam innym, jedna wiedziałam, że tak nie jest, że noszę w sobie małego człowieka, który jest najważniejszy. Teraz jestem sprawna…. jestem zdrowa….. biegam….. biegam bo mogę!

 

To działa jak kompres na zszargane nerwy, na stress, i na ból duszy… Chłodny kompres….

 

K.